wtorek, 5 stycznia 2010

Wisienka Eurotrip, część II

     Wstajemy skoro świt i jedziemy na spotkanie z Martinem i Helenkou (świadomy zabieg gramatyczny, nawiązanie do zasad pisowni w Češčinie), naszymi znajomymi Czechami z Erasmusa w Dreźnie.
     Po powrocie zbieramy nasze bambetle, bo okazuje się, że wieczór sylwestrowy będziemy spędzać nie w Pradze, a w domku w Dobřichovicach. Jedziemy do Tesco na zakupy (Lentilky, Becherowka, Božkov, vino...). Wymarzyliśmy sobie smažený sýr na obiad, a tu w całym sklepie nie ma już żadnego brambora (ziemniaka - przyp. tłum.). Dosłownie bijemy się o pieczywo i kupujemy prawie 3-kilogramowy bloczek żółtego sera. Na jedenaścioro głodnych osób powinno wystarczyć...
      Po drodze wstępujemy jeszcze do Říčan, gdzie Jana idzie do sklepu po brambory (myli się ten, kto myśli, że ich sklep to nasz sklep - ich sklep to po prostu nasza piwnica) i ruszamy do celu naszej wędrówki, czyli małego domku na górze. Po raz kolejny próbujemy kupić autostradovy listek (jakoś bardziej nam się zakorzeniła ta nazwa).
     Wisienka ślizga się, jadąc pod górkę, ale w końcu docieramy na miejsce. Trzeba opróżnić bagażnik, więc każdy łapie co popadnie i idziemy to zanieść do domu. Idziemy z Elą, obie uzbrojone w kilka butelek napojów i innego dobra.
- Ślisko tu trochę... CHLUP!
     Myliłby się ten, kto sądzi, że Ela wylądowała po prostu na czterech literach, lub w pozycji horyzontalnej. Nadal była pionowo, tyle, że jakoś o połowę krótsza. Okazało się, że stanęła na nieprzymocowanym włazie od studzienki (na szczęście nie kanalizacyjnej), pękła obręcz, a właz wraz z Elą na nim wleciał do środka. Ten pierwszy zniknął w czeluściach, a Ela zatrzymała się wyżej tylko dzięki rozłożeniu łokci. Zanim ogarnęłam sytuację, adrenalina sprawiła, że sama się stamtąd wydostała. Pierwsze koty za płoty, jak to się mawia, czy raczej "użyć, jak Ela w studni"...
     Jak już przeszło nam produkowanie strasznych scenariuszy, poznaliśmy resztę ekipy: Czechów: Marzenkę i Witka oraz Niemców: (proszę wybaczyć brak imion, jakoś wśród tylu wrażeń ich nie zapamiętałam) Dziewczyna, Chłopak i Dziewczyna na widok której stanęły mi przed oczami zdjęcia enerdowskich pływaczek. Nawiasem mówiąc, do Artura dotarło gdzieś grubo po północy, że ten barczysty blondyn jest dziewczyną.
     A dalej to już jakoś się potoczyło: grzaniec (svarene vino, Gluehwein), smażony ser, wino, pistacje, Becherovka, ser pleśniowy, Absynth (dałabym głowę, że gdzieś tam widziałam tę zieloną wróżkę), likier z Grecji, Żubrówka i już sama nie wiem co jeszcze. No i szampan o północy. Niestrzelający szampan! Nie wiem czyj to pomysł, ale musujące wino z korkiem, który okazuje się być odkręcany to zwyczajne obrazoburstwo. Potem robi się już bardziej mgliście. Jedyne wspomnienie, które wszystkim utkwiło w głowie, to dotarcie na miejsce noclegu po stromych schodkach. Ze szczególną gracją uczyniła to Ela, kierunek wybierając nieco bardziej na oślep, co przyczyniło się do wzrostu decybeli i zainteresowania pozostałych.

     I nastał poranek, słońce (co prawda za chmurami) świeciło tak głośno straszliwie, a w kuchni stała sterta niepozmywanych naczyń. A my mieliśmy ruszać do Polski, by jeszcze tego dnia dotrzeć do mnie do domu i spakować walizki. Zbieranie się szło nam baaardzo opornie...
     Nadal nie mieliśmy winiety, więc Jana doradziła nam omijać autostrady, gdyż z okazji nowego roku mogą być przy nich zwiększone kontrole. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i nadal mając novoroční kocovinu (noworocznego kaca - przyp. tłum.) ruszyliśmy w drogę. Mając w głowie porady Jany, by omijać autostrady do Pragi, po krótkim namyśle pojechaliśmy w przeciwnym kierunku. Tak sobie jedziemy, jedziemy, udało nam się nawet kupić winietę po drodze. Jedziemy, jedziemy, oj, chyba mi się przysnęło nawet. I coś było nie tak. Jechaliśmy tą autostradą, pojawiały się jakieś nieznane nam nazwy miejscowości, ale my nadal jechaliśmy. České Budějovice - brzmi może trochę znajomo, szukamy w atlasie polskich Budziejowic, okazuje się, że to mała wioska na Śląsku. Czyżbyśmy na Śląsk jechali? A może na Niemcy znów? Pytamy się na najbliższej benzince o drogę, facet nas nie rozumie. Może my już na Moravie jesteśmy? W przypływie ułańskiej fantazji kupujemy mapę Czech, która objawia nam straszną prawdę. Cały czas jechaliśmy na południe, zrobiliśmy jakieś 100 km, więc mamy już rzut beretem do tej Austrii, z której tak żartowała sobie Jana. Co cztery skacowane głowy, to nie jedna... Życie ratują nam kwaśne żelki, obieramy tym razem już właściwy azymut i wyciskamy z Wisienki ile się da.
     Nie wiadomo po ilu godzinach lądujemy w Polsce, która wita nas wściekle sypiącym śniegiem. Nasz jedyny pociąg z Wrocławia odjechał parę godzin temu, jedyną opcją jest poproszenie mojego taty, by po nas przyjechał. Po głosie w słuchawce oceniam, że nie bardzo ma ochotę wyjeżdżać na nieodśnieżone drogi, ale w końcu się zgadza. Do domu docieramy gdzieś koło północy i rano pakujemy walizki by wyruszyć do Warszawy...
     Wszystko jednak przebił Artur, który następnego dnia wstał o 4 rano, żeby jechać do Opola robić wdrożenie. Szacun, zią;)

 
Nasz prezent bożonarodzeniowy od Jany

1 komentarz:

Artur Jordan pisze...

I jeszcze na koniec na drugi dzień program ruszył :) Mam nadzieję, że Mathia nie przeczyta tego artykułu (ad mojej pomyłki co do płci) zresztą pomylić się na odwrót zawsze gorzej ;P

Pozdrawiam,
Artur